Dodatki na bloga>
RSS
wtorek, 10 kwietnia 2012

 

 
Pewne małżeństwo obchodziło trzydziestą którąś rocznicę ślubu i jednoczesnie okrągłą
rocznicę urodzin każdego z nich. Niespodziewanie wśród gości zjawiła się wróżka i mowi:
- Kochani - jako nagrodę za waszą wierność przez te wszystkei lata, chcę spełnić po
jednym waszym największym marzeniu! 
Żona bardzo podekscytowana ogłasza:
- Chciałabym odbyć z moim mężem podróż dookoła świata.
Po dotknięciu różdżką przed żoną pojawiają się bilety lotnicze i stos voucherów 
do najlepszych hoteli na całym świecie. Mąż patrzy na te bilety, potem, potem na żonę.... 
zastanawia się jeszcze chwilę i mówi:
- Wizja wspaniała! Ale taka okazja może się już nie powtórzyć. Dlatego wybacz kochana,
ale moim pragnieniem jest mieć żonę o 30 lat młodszą niż ja!
Żona stanęła jak wryta, wróżkę też prawie wmurowało w ziemię, lecz słowo się rzekło....
I patrząc na żonę, dotyka męża różdżką i zamienia go w 90-letniego staruszka.
 
Taką historyjkę  opowiedziałam dziś mojemu W. w kolejną, okrągłą rocznicę naszego ślubu.
I nie była to wcale mojej strony złośliwość, o nie.
Chciałabym po prostu, żeby na wszelki wypadek zdał sobie sprawę, że wróżkami na tym
świecie są wyłącznie kobiety.
 
 
 
 

 


21:56, paulina303
Link Komentarze (5) »
piątek, 06 kwietnia 2012

 

Przed samymi świętami wiosna wzięła nogi za pas i powędrowała 
w cieplejsze strony. Zresztą wcale jej się nie dziwię, od rana uporczywie 
z nieba leci śniegodeszcz na zmianę z deszczośniegiem, jak mawia ostatnio 
przystojny pogodynek o podejrzanie  płynnych ruchach. Zimny wiatr szarpie 
co odważniejszymi zielonymi listkami  i połami płaszczy spieszących gdzieś  
przechodniów. Jaja nareszcie dostosowały się do unijnych wymogów, 
cenowo oczywiście. Baranki i zajączki rozmnożyły się na potęgę i opanowały 
wystawy, markety i domostwa. Wiadomo, święta.
Wracając z zakupów wstąpiłam do kościoła,
a tam kolejki - znajomy sprzed lat widok. Dobrze, że tym razem 
do konfesjonałów.  Poza tym jak zwykle w tym miejscu i o tej porze - 
ktoś kaszle, ktoś kicha czy wzdycha, zarazki i ciche pukanie wiadomego 
 pochodzenia  roznoszą się dookoła.
Nagle ten typowo kościelny  nastrój zakłóciły czyjeś głośne kroki i dziwny szelest.
Wszystkie głowy jak na komendę powędrowały w kierunku głownego wejścia, 
by szybko wrócić na swoje, jedynie słuszne miejsce.
Wszak to tylko, brzydko mówiąc, zwykły menel w przydługim płaszczu
i wypchanymi reklamówkami w obu rękach. 
Rozejrzał się na wszystkie strony i bezceremonialnie wepchnął się 
do zwalniającego się właśnie miejsca przy konfesjonale. Kolejka zafalowała
z niezadowoleniem, ale nic nie rzekła, wstrzymując oddech i nadstawiajc
uszu. Niestety, słychać było niewiele. Wreszcie znajome, trochę niecierpliwe
pukanie. Reklamówki z właścicielem odeszły. Kolejka zafalowała tym razem
z ulgą. Obserwowany  osobnik zajął miejsce w ławce, pochylił głowę i ten gest
pewnie  sprawił, że przestał być obiektem zainteresowania. Chyba tylko ja 
nadal na niego patrzyłam, sama nie wiem dlaczego. Widzę, jak w końcu podnosi
się i pewnym krokiem rusza do najbliższego, pustego konfesjonału.
Drzwiczki się zatrzaskują, zapala się światełko....
- Pani kolej - ktoś pchnął mnie niecierpliwie.
Wykonałam to, po co tu przyszłam i na koniec szepnęłam konspiracyjnie:
- Proszę księdza, w tym konfesjonale obok, ktoś siedzi i nie jest to duchowny....
- Co też ty mówisz, w konfesjonale może przebywać tylko ksiądz, więc to
z pewnością jeden z księży - powiedział rozdrażniony i w tym samym momencie 
usłyszałam  niecierpliwe, głośne  stukanie. Miałam dziwne wrażenie, że tym 
razem nie w ściankę, a w moją głowę.
Wychodząc z kościoła kątem oka zauważyłam, że do owego konfesjonału 
ustawiała się z obu stron kolejka.....

 

 

niedziela, 01 kwietnia 2012

 

Dawno, dawno temu, (i prawie za górami, za lasami) 1 kwietnia ubiegłego wieku 
(boszsz, ale to brzmi, jak prehistoria jaka),  był wczesny słoneczny poranek, 
leżeliśmy wyrwani ze snu przez bezlitosny budzik, gdy z sąsiedniego pokoju 
z głośnym tupotem bosych piętek, przytuptał  do nas nasz 3 letni synek, 
świeżo upieczony przedszkolak. Zabawnie wyglądał z rozwichtrzoną jasną czuprynką
i opadającym porteczkami  żółtej piżamki 'na wyrost'. Bezceremonialnie 
wpakował się pod naszą kołdrę, nie zważając na tatę, jak zwykle drzemiącego
do ostatniej chwili w najlepsze  z nosem w kontakcie. 
 - Dziś też muszę iść do przedszkola? - zapytał marszcząc zabawnie nosek.
- Tak, rybko, ale dziś będzie fajny dzień, bo mamy Prima Aprilis.
- A co to prima aplis? - zapytał zaciekawiony.
- No wiesz, w tym dniu można żartować i oszukiwać innych. To taka tradycja.
Można na przykład zażartować dla zabawy i powiedzieć, że ktoś ma plamę
czy dziurkę w koszuli, a potem zawołać Prima Aprilis -  nie patrz, bo się pomylisz!
To fajna zabawa, starszaki na pewno będą się w to bawić.
- Tak.... fajna zabawa.... - mój przedszkolak wyrażnie się nad czymś zadumał.
- Starszaki, znowu starszaki, a czemu nie maluchy?
- No bo wiesz synku, maluchy jeszcze tego nie rozumieją. Ale budź już tatę,
bo musimy wstawać.
- Tato, tato! - zawołał głośno i wwiercił się małym paluszkiem w ramię taty.
- Tato, masz tu dziurę w piżamie! - wykrzyknął tryumfalnie.
Ale tata śpiący jak przysłowiowy niedźwiedż, tylko poruszył ramieniem
i mruknął coś niewyraźnie.
- Mamusiu, tata też tego nie rozumie, tak jak maluchy..... - mój mały synek
był wyraźnie rozczarowany.
Do dzisiejszego dnia w Prima Aprilis zwykle wspominamy z rozrzewnieniem
tę scenkę z młodych lat.
 

09:00, paulina303
Link Komentarze (3) »
czwartek, 29 marca 2012
 
Od pewnego czasu chodzi mi po głowie myśl, że wypadałoby 
może napisać tu coś o sobie, przemycić choć trochę prawdy.
Przedstawić się jakoś.
W końcu blogi są po to, by pisać o swoim życiu, problemach,
marzeniach, dokonaniach (o ile takie się w ogóle znajdą).
Bez zbędnej poetyki, bez upiększeń. Może kogoś to zainteresuje.
Ludzie lubią czytać o innych, porównują to ze swoimi marzeniami,
ze swoim postepowaniem, swoimi wyborami. Lubią dostrzegać czyjeś
błędy i cieszyć się, że sami takich nie popełniają, a jeśli nawet popełniają,
to nie takie. Inne, lepsze. I nie ważne, że błędy nie mogą być lepsze czy
gorsze.... 
Problem tylko w tym, czy temat "jaka jestem' jest ciekawy. A jesli tak,
to dla kogo. Dla mnie nie bardzo. Znam siebie jak zły szeląg. I nie jestem
zachwycona. Ot, taka sobie zołza, trochę złośliwa. No dobra, czasem
bardzo. 
Egoistka? O, tak, z pewnością. Robię głównie to, co lubię.
Do tego, czego nie lubię, rzadko się zmuszam.
O właśnie, nie lubię mówić ani tym bardziej pisać o sobie. 
Jest tyle innych bardziej zajmujących rzeczy.... choćby widok z mojego
okna.... pasmo Beskidu Śląskiego, w tej chwili zasnutego chmurami....
Dziwne te chmury, wyglądają teraz pod wieczór jak skłębione nieziemskie
stwory. Przemieszczają się, gnają gdzieś daleko. O, teraz w ich  tło wpisuje się
 zwinna sroczka zamiatająca  długim, czarnym ogonem po barierce balkonu.
 Podniosła skrzydełko, zajrzała tam ciekawie jakby spodziewała
się  czegoś niezwykłego. Niecierpliwie uporządkowała dzióbkiem czarny
kołnierzyk, potem poprawiła białą kamizelkę. Trzasnęło gdzieś okno
i już jej nie ma.
Ale o czym to ja miałam... aha, o sobie miałam pisać.
Hym... jak tu się skupić.... O, biedronka łazi sobie po firanie, pierwsza
biedronka w tym roku.... chyba za wcześnie się pojawiła, jeszcze noce
takie chłodne.
Tyle ciekawych rzeczy dookoła, a ja sobie taki temat wymyśliłam....
Lepiej przejrzę album ze zdjęciami z sobotniego wyjazdu do Zawoi.
To znacznie ciekawsze zajęcie.
 

19:52, paulina303
Link Komentarze (5) »
wtorek, 20 marca 2012

 

 

 

W przedpokoju wisi jego wielkie czarno-białe zdjęcie w metalowej ramie.
 W polowym mundurze moro na poligonie, pomalowany w barwy ochronne wygląda jak
uczniak grający w paintball. Niewysoki, szczera, okrągła twarz. Nikt by mu nie dał więcej, 
niż 19-20 lat.  Ale to zmylka taka, bo obok wiszą w równych 
rządkach oprawione porządnie rózne dyplomy i listy pochwalne.
Te z Afganistanu także.
Bo nie jedzie tam pierwszy raz, o nie. Jedzie po raz trzeci.
Na misję, jak mawia...
Ma zaledwie 33 lata, a jest kapitanem. dowódcą kompanii. Doceniany
i odznaczny, zwłaszcza teraz, przed wylotem wyróznienia i nagrody
posypały się niesamowicie.
Zdjęcia w prasie, wywiady.... Jest dumny ze swoich osiągnięć i chłopaków
w bordowych beretach z jego batalionu.  Zaangażowany całkowicie, mocno  wierzący 
w słuszność sprawy. Zostawia młodą, śliczną żonę i maleńką córeczkę z największymi 
oczami świata i jego niewielkim zadartym noskiem.
- W testach mu wyszło, że jest bez uczuć - szepnęła cicho, rozmazując po dziecięcemu
 wielkie jak grochy łzy spadające na blade  policzki.
- Ciiii.... to tylko pozory, taki pancerz ochronny, przecież wiesz....
-  Wiem, wiem - chowa twarz  w dłonie. Przecież jest silna. Musi być.
No i nie jest sama, tak jak kiedyś. Ma córeczkę. To wielkie szczęście.
- Ona go nie zapomni, nie zapomni, prawda? 
 - Oczywiście ze nie, nie ma takiej możliwości, to  prawdziwa córeczka
tatusia.... Są telefony, skype, poczta internetowa.... wszystko będzie dobrze...
Wylatuje do Afganistanu wraz z setką chłopaków z naszego miasta.
Gdy nie znałam osobiście żadnego z żołnierzy służących w wojennym
kontyngencie, jakoś inaczej to odbierałam. Teraz boli to bardziej, ale także irytuje,
skłania do szukania odpowiedzi na pytanie, czy to naprawdę jest konieczne....
 
 
 
 
Tagi: Afganistan
19:12, paulina303
Link Komentarze (7) »
piątek, 16 marca 2012
sobota, 25 lutego 2012

 

 

Zbliża się koniec zimy, dzień dłuższy, słupek temperatury wyraźnie podskczył
do góry, ilość śniegu maleje z dnia na dzień, ptaszki śpiewają, a my jeszcze nie
byliśmy na Szyndzielni i Klimczoku.... 
Tak nie może być!
Zimę trzeba pożegnać w godziwy sposób i na odpowiedniej wysokości, prawda?
Łapiemy więc plecaki i za chwilę już śmigamy małym  żółtym wagonikiem na
Szyndzielnię. Trochę wstyd się przyznać, ale nie chcemy ryzykować pieszej
wspinaczki na 1026 m. npm, ale żeby ratować nasz nadwątlony honor, obiecujemy
sobie, że  powrót odbędziemy pieszo, choćbyśmy mieli zjeżdżać z góry na tyłkach.
Już w połowie drogi widzimy, jak zmieniają się widoki na typowo zimowe. Jest 
więcej śniegu, robi się biało. Na szczycie tak, jak sobie wymarzyliśmy -  biało.
Dość szybko jesteśmy w jednym z najstarszych i największych schronisk
Beskidu Śląskiego o nazwie takiej samej jak szczyt. Zatrzymujemy się na chwilę,
by otrząsnąć się ze śniegu i ruszamy dalej, na Klimczok!
Omijamy z daleka z lekka przetarty szlak do schroniska i ruszamy na sam szczyt
Klimczoka. Wysokość 1117 metrów, to już coś!. Nic dziwnego, że pokrywa śnieżna
ma tu przeszło dwa metry. Im wyżej, tym trudniej się idzie, miejscami zapadamy
się w śniegu po uda. Po drodze mijamy samotnego narciarza, który radośnie zjeżdża
kilkaset metrów, by po chwili pracowicie wdrapywać się do góry. Wyciąg orczykowy
bowiem tkwi nieruchomo. Dla jednego zapaleńca nie opłaca się...
Podziwiamy widoki z samego szczytu i dość szybko, jak na panujące warunki, docieramy
do schroniska. Tu też pustki. Tylko jeden stół zajęty przez sympatyczną parę seniorów
z nartami biegowymi. Wypijamy piwo zimne jak śniegi na zewnątrz. Takie rozgrzewa
najlepiej, przysięgam. Zjadamy kanapki przytargane w plecaku, kupujemy pamiątkowy
kamień niezwykłej urody. Jeszcze tylko pieczątka z recepcji, to takie hobby W. który
lubi mieć wszystko udokumentowane, i wyruszamy w drogę powrotną.
W dół schodzi się przyjemnie, szlak na szczęście przetarty. Po drodze mijają nas
snowbordziści. Pojawiają się bezszelestnie nie wiadmo skąd i szybko znikają.
Takim to dobrze....
Po dwóch godzinach jesteśmy na Dębowcu, stąd już rzut kamieniem do naszego
domku. Chyba zasłużyliśmy na odpoczynek po takiej wyprawie.
Żegnaj zimo na rok!
 
czwartek, 16 lutego 2012

 

 

 

W ubiełym tygodniu wybraliśmy się na Halę Boraczą, to jedno
z najpiękniejszych miejsc Beskidu Żywieckiego. Wchodziliśmy
wygodnym szlakiem z Żabnicy Skałki, a tak w ogóle Żabnicę 
darzymy ogromnym sentymentem, przyjeżdżamy tu kilka razy
w roku. Mamy tu swoje ukochane miejsca, szlaki i ścieżki.
Ale ta urokliwa górska wioska zasługuje na odrebne miejsce
w moim blogu, więc teraz wracam na Halę Boraczą. To rozłożysta
przełęcz w paśmie Lipowskiej, Rysianki i Pilska. W jej centralnym
miejscu znajduje się jak mówią, najpaskudniejsze schronisko Beskidów.
zostało wybudowane w latach dwudziestych ubiegłego wieku i miało
dość burzliwą historię. Ma niewymyślną formę zwykłego baraku i nijak nie
pasuje do otoczenia. Dobrze chociaż, że dwa lata temu otrzymało nową,
drewnianą elewację. W środku też siermiężnie.... Widać, że PTTK o nim
zapomniał całkowicie, a starsze małżeństwo,  które od lat go prowadzi,
chyba w ogóle nie zauważyło zmian, które się dokonały w ostatnich latach
w Polsce. Tkwią w przeszłości jako te wiekowe świerki na hali.
Ale nic to, ważne, że 'na całej połaci śnieg', wyjątkowo czysty, świetliście 
biały, skrzący się w nikłych promieniach słońca. 
 Trzaskający, dwucyfrowy mróz dosłownie zatyka, zniechęca do rozmowy
w czasie wędrówki, zresztą i tak głośne skrzypienie śniegu pod butami 
skutecznie zagłusza nasze słowa. Łapiemy więc w obiektyw co ładniejsze
miejsca i to wystarczy.
W drodze powrotnej mijają nas rozpędzone sanie ciągnięte przez parę koni.
Otacza je obłok gorącej pary. Wyglada to trochę nierealnie, jak kadr wyrwany
ze starego filmu. Usmiechnięty góral macha do nas reką i gestem zaprasza 
do sań.
Dziękujemy, wolimy pieszo.
22:05, paulina303
Link Komentarze (4) »
środa, 08 lutego 2012

 

 
Tym razem wybraliśmy się na Przełęcz Salmopolską. To pięknie
położone miejsce na wysokści 934 metrów npm. Wyruszyliśmy 
czerwonym szlakiem z nadzieją dotarcia do Malinowej Skały.
Niestety, chyba schowała się pod grubą śniegową kołdrą, bo nie
mogliśmy jej znaleźć. A że mróz ostro szczypał w policzki, zrezygnowaliśmy
z poszukiwań. Mimo to wyprawa i tak była udana. Mieliśmy wrażenie, że
znaleźliśmy się w krainie Królowej Śniegu.
Niektóre świerki do złudzenia przypominały sylwetkę zagubionej Gerdy...
 

poniedziałek, 06 lutego 2012
 
 
 
Lekki niepokój zapanował w starym Dziuplowisku, gdy znienawidzony
przez wszystkich mróz zapowiedział ponowną, choć wcale niechcianą
wizytę. Kicia szybko przywdziała na się pancerz ochronny obficie 
nafutrowany tłuszczykiem i z widocznym niepokojem rzucała ukośne 
spojrzenia w stronę lekko zmrożonej tafli wielkiego lustra.
- Instynkta samozachowawcze nie wszystkie wymarły - Gabriela
widząc, że wreszcie coś dziać się zaczyna, wyrażnie się ożywiła, a nawet
ucieszyła.
- Ano, instynkt stadny wymiera w człowieku, pomalutku zamyka się 
w domku i w sobie - Kicia za wszelką cenę próbowała usprawiedliwić 
swoje niespodziewane rozszerzenie się na wszystkie strony, oprócz 
tej górnej niestety. Ruda, widząc co się dzieje w spokojnym dotąd 
Dziuplowisku, rozdrzaźniła się nie na żarty.
-  Ożesz ty! To ze mnie na cię przeszło! - wykrzyknęła - z wiesną masz
mnie to wszystko oddać!
Wszyscy nagle zamarli, oczekując zapowiedzi nagłego lutnięcia z półobrotu,
jednak na szczęście nic takiego nie nastąpiło, bowiem Ruda 
z zadowoleniem zapatrzyła się w odbicie swojej tyczkowatej sylwetki,
zapominając o całym dziwacznym dziuplowatym  świecie.
- Wiesną zwrócę wszystko, co do ostatniej kropli tłuszczyku - obiecała
cichutko spłoszona Kicia, zerkając bojaźliwie w jej stronę.
- Ten mróz wyżera wszystko, i z kotłowni, i z lodówki - Ika chciała
za wszelką cenę załagodzić napiętą sytuację.
- Ja, ja, tylko feciku na bioderku nie ruszy - prychnęła złośliwie
i jak zawsze po ślunsku Lwisia.
- Eeee tam, masz krzywe zwierciadło Kićka! - Bacha jednym zdaniem 
sprowadziła wszystkich na ziemię.
- Baby, a o czym wy właściwie rozprawiacie, o tuszy czy o facecie,
bo już się pogubiłam - Wiska próbowała nakierować rozmowę na
jedynie właściwe tory. Słysząc to Ruda poderwała się gwałtownie,
chcąc wybić jej te pokudłaczone myśli z głowy. Nic jej jednak z tego
nie wyszło, bowiem Bacha właśnie w tym momencie  załapała,
o co właściwie biega Kici.
- Wszak Misio pląta się po domu! - zakrzyknęła odkrywczo.
I teraz Kici nie pozostało już nic innego, jak przyznać się, że Misio
tkwi w niej głęboko.
Ale jak to tkwi.... gdzie tkwi i w czym, czy w kim tkwi.... Czym tkwi....
Dlaczego tkwi.... jak długo....
Takie rozedrgane, niespokojne myśli zaczęły krążyć od jednej do
drugiej do cna skołowanej głowiny biednych mieszkanek starego
Dziuplowiska.
Nagle w tę rozedrganą, pełną napięcia ciszę wdarł się głośny huk.
To okrutny, bezlitosny mróz otworzył sobie drzwi mocnym kopniakiem.
 

19:50, paulina303
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3