Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ulubione
Tagi
>
|
wtorek, 10 kwietnia 2012
Pewne małżeństwo obchodziło trzydziestą którąś rocznicę ślubu i jednoczesnie okrągłąrocznicę urodzin każdego z nich. Niespodziewanie wśród gości zjawiła się wróżka i mowi:- Kochani - jako nagrodę za waszą wierność przez te wszystkei lata, chcę spełnić pojednym waszym największym marzeniu! Żona bardzo podekscytowana ogłasza:- Chciałabym odbyć z moim mężem podróż dookoła świata.Po dotknięciu różdżką przed żoną pojawiają się bilety lotnicze i stos voucherów do najlepszych hoteli na całym świecie. Mąż patrzy na te bilety, potem, potem na żonę.... zastanawia się jeszcze chwilę i mówi:- Wizja wspaniała! Ale taka okazja może się już nie powtórzyć. Dlatego wybacz kochana,ale moim pragnieniem jest mieć żonę o 30 lat młodszą niż ja!Żona stanęła jak wryta, wróżkę też prawie wmurowało w ziemię, lecz słowo się rzekło....I patrząc na żonę, dotyka męża różdżką i zamienia go w 90-letniego staruszka. Taką historyjkę opowiedziałam dziś mojemu W. w kolejną, okrągłą rocznicę naszego ślubu.I nie była to wcale mojej strony złośliwość, o nie.Chciałabym po prostu, żeby na wszelki wypadek zdał sobie sprawę, że wróżkami na tymświecie są wyłącznie kobiety.
piątek, 06 kwietnia 2012
Przed samymi świętami wiosna wzięła nogi za pas i powędrowała w cieplejsze strony. Zresztą wcale jej się nie dziwię, od rana uporczywie z nieba leci śniegodeszcz na zmianę z deszczośniegiem, jak mawia ostatnio przystojny pogodynek o podejrzanie płynnych ruchach. Zimny wiatr szarpie co odważniejszymi zielonymi listkami i połami płaszczy spieszących gdzieś przechodniów. Jaja nareszcie dostosowały się do unijnych wymogów, cenowo oczywiście. Baranki i zajączki rozmnożyły się na potęgę i opanowały wystawy, markety i domostwa. Wiadomo, święta.Wracając z zakupów wstąpiłam do kościoła, a tam kolejki - znajomy sprzed lat widok. Dobrze, że tym razem do konfesjonałów. Poza tym jak zwykle w tym miejscu i o tej porze - ktoś kaszle, ktoś kicha czy wzdycha, zarazki i ciche pukanie wiadomego pochodzenia roznoszą się dookoła.Nagle ten typowo kościelny nastrój zakłóciły czyjeś głośne kroki i dziwny szelest.Wszystkie głowy jak na komendę powędrowały w kierunku głownego wejścia, by szybko wrócić na swoje, jedynie słuszne miejsce.Wszak to tylko, brzydko mówiąc, zwykły menel w przydługim płaszczui wypchanymi reklamówkami w obu rękach. Rozejrzał się na wszystkie strony i bezceremonialnie wepchnął się do zwalniającego się właśnie miejsca przy konfesjonale. Kolejka zafalowałaz niezadowoleniem, ale nic nie rzekła, wstrzymując oddech i nadstawiajcuszu. Niestety, słychać było niewiele. Wreszcie znajome, trochę niecierpliwepukanie. Reklamówki z właścicielem odeszły. Kolejka zafalowała tym razemz ulgą. Obserwowany osobnik zajął miejsce w ławce, pochylił głowę i ten gestpewnie sprawił, że przestał być obiektem zainteresowania. Chyba tylko ja nadal na niego patrzyłam, sama nie wiem dlaczego. Widzę, jak w końcu podnosi się i pewnym krokiem rusza do najbliższego, pustego konfesjonału.Drzwiczki się zatrzaskują, zapala się światełko....- Pani kolej - ktoś pchnął mnie niecierpliwie.Wykonałam to, po co tu przyszłam i na koniec szepnęłam konspiracyjnie:- Proszę księdza, w tym konfesjonale obok, ktoś siedzi i nie jest to duchowny....- Co też ty mówisz, w konfesjonale może przebywać tylko ksiądz, więc to z pewnością jeden z księży - powiedział rozdrażniony i w tym samym momencie usłyszałam niecierpliwe, głośne stukanie. Miałam dziwne wrażenie, że tym razem nie w ściankę, a w moją głowę.Wychodząc z kościoła kątem oka zauważyłam, że do owego konfesjonału ustawiała się z obu stron kolejka.....
niedziela, 01 kwietnia 2012
Dawno, dawno temu, (i prawie za górami, za lasami) 1 kwietnia ubiegłego wieku (boszsz, ale to brzmi, jak prehistoria jaka), był wczesny słoneczny poranek, leżeliśmy wyrwani ze snu przez bezlitosny budzik, gdy z sąsiedniego pokoju z głośnym tupotem bosych piętek, przytuptał do nas nasz 3 letni synek, świeżo upieczony przedszkolak. Zabawnie wyglądał z rozwichtrzoną jasną czuprynkąi opadającym porteczkami żółtej piżamki 'na wyrost'. Bezceremonialnie wpakował się pod naszą kołdrę, nie zważając na tatę, jak zwykle drzemiącego do ostatniej chwili w najlepsze z nosem w kontakcie. - Dziś też muszę iść do przedszkola? - zapytał marszcząc zabawnie nosek.- Tak, rybko, ale dziś będzie fajny dzień, bo mamy Prima Aprilis.- A co to prima aplis? - zapytał zaciekawiony.- No wiesz, w tym dniu można żartować i oszukiwać innych. To taka tradycja.Można na przykład zażartować dla zabawy i powiedzieć, że ktoś ma plamęczy dziurkę w koszuli, a potem zawołać Prima Aprilis - nie patrz, bo się pomylisz!To fajna zabawa, starszaki na pewno będą się w to bawić.- Tak.... fajna zabawa.... - mój przedszkolak wyrażnie się nad czymś zadumał.- Starszaki, znowu starszaki, a czemu nie maluchy?- No bo wiesz synku, maluchy jeszcze tego nie rozumieją. Ale budź już tatę,bo musimy wstawać.- Tato, tato! - zawołał głośno i wwiercił się małym paluszkiem w ramię taty.- Tato, masz tu dziurę w piżamie! - wykrzyknął tryumfalnie.Ale tata śpiący jak przysłowiowy niedźwiedż, tylko poruszył ramieniemi mruknął coś niewyraźnie.- Mamusiu, tata też tego nie rozumie, tak jak maluchy..... - mój mały synekbył wyraźnie rozczarowany.Do dzisiejszego dnia w Prima Aprilis zwykle wspominamy z rozrzewnieniemtę scenkę z młodych lat.
czwartek, 29 marca 2012
Od pewnego czasu chodzi mi po głowie myśl, że wypadałoby może napisać tu coś o sobie, przemycić choć trochę prawdy.Przedstawić się jakoś.W końcu blogi są po to, by pisać o swoim życiu, problemach,marzeniach, dokonaniach (o ile takie się w ogóle znajdą).Bez zbędnej poetyki, bez upiększeń. Może kogoś to zainteresuje.Ludzie lubią czytać o innych, porównują to ze swoimi marzeniami,ze swoim postepowaniem, swoimi wyborami. Lubią dostrzegać czyjeśbłędy i cieszyć się, że sami takich nie popełniają, a jeśli nawet popełniają,to nie takie. Inne, lepsze. I nie ważne, że błędy nie mogą być lepsze czygorsze.... Problem tylko w tym, czy temat "jaka jestem' jest ciekawy. A jesli tak,to dla kogo. Dla mnie nie bardzo. Znam siebie jak zły szeląg. I nie jestem zachwycona. Ot, taka sobie zołza, trochę złośliwa. No dobra, czasembardzo. Egoistka? O, tak, z pewnością. Robię głównie to, co lubię.Do tego, czego nie lubię, rzadko się zmuszam.O właśnie, nie lubię mówić ani tym bardziej pisać o sobie. Jest tyle innych bardziej zajmujących rzeczy.... choćby widok z mojegookna.... pasmo Beskidu Śląskiego, w tej chwili zasnutego chmurami....Dziwne te chmury, wyglądają teraz pod wieczór jak skłębione nieziemskiestwory. Przemieszczają się, gnają gdzieś daleko. O, teraz w ich tło wpisuje się zwinna sroczka zamiatająca długim, czarnym ogonem po barierce balkonu. Podniosła skrzydełko, zajrzała tam ciekawie jakby spodziewałasię czegoś niezwykłego. Niecierpliwie uporządkowała dzióbkiem czarnykołnierzyk, potem poprawiła białą kamizelkę. Trzasnęło gdzieś okno i już jej nie ma.Ale o czym to ja miałam... aha, o sobie miałam pisać.Hym... jak tu się skupić.... O, biedronka łazi sobie po firanie, pierwszabiedronka w tym roku.... chyba za wcześnie się pojawiła, jeszcze nocetakie chłodne.Tyle ciekawych rzeczy dookoła, a ja sobie taki temat wymyśliłam....Lepiej przejrzę album ze zdjęciami z sobotniego wyjazdu do Zawoi.To znacznie ciekawsze zajęcie.
wtorek, 20 marca 2012
W przedpokoju wisi jego wielkie czarno-białe zdjęcie w metalowej ramie. W polowym mundurze moro na poligonie, pomalowany w barwy ochronne wygląda jakuczniak grający w paintball. Niewysoki, szczera, okrągła twarz. Nikt by mu nie dał więcej, niż 19-20 lat. Ale to zmylka taka, bo obok wiszą w równych rządkach oprawione porządnie rózne dyplomy i listy pochwalne.Te z Afganistanu także.Bo nie jedzie tam pierwszy raz, o nie. Jedzie po raz trzeci.Na misję, jak mawia...Ma zaledwie 33 lata, a jest kapitanem. dowódcą kompanii. Docenianyi odznaczny, zwłaszcza teraz, przed wylotem wyróznienia i nagrodyposypały się niesamowicie.Zdjęcia w prasie, wywiady.... Jest dumny ze swoich osiągnięć i chłopakóww bordowych beretach z jego batalionu. Zaangażowany całkowicie, mocno wierzący w słuszność sprawy. Zostawia młodą, śliczną żonę i maleńką córeczkę z największymi oczami świata i jego niewielkim zadartym noskiem.- W testach mu wyszło, że jest bez uczuć - szepnęła cicho, rozmazując po dziecięcemu wielkie jak grochy łzy spadające na blade policzki.- Ciiii.... to tylko pozory, taki pancerz ochronny, przecież wiesz....- Wiem, wiem - chowa twarz w dłonie. Przecież jest silna. Musi być.No i nie jest sama, tak jak kiedyś. Ma córeczkę. To wielkie szczęście.- Ona go nie zapomni, nie zapomni, prawda? - Oczywiście ze nie, nie ma takiej możliwości, to prawdziwa córeczkatatusia.... Są telefony, skype, poczta internetowa.... wszystko będzie dobrze...Wylatuje do Afganistanu wraz z setką chłopaków z naszego miasta.Gdy nie znałam osobiście żadnego z żołnierzy służących w wojennymkontyngencie, jakoś inaczej to odbierałam. Teraz boli to bardziej, ale także irytuje,skłania do szukania odpowiedzi na pytanie, czy to naprawdę jest konieczne....
piątek, 16 marca 2012
sobota, 25 lutego 2012
Zbliża się koniec zimy, dzień dłuższy, słupek temperatury wyraźnie podskczyłdo góry, ilość śniegu maleje z dnia na dzień, ptaszki śpiewają, a my jeszcze niebyliśmy na Szyndzielni i Klimczoku.... Tak nie może być!Zimę trzeba pożegnać w godziwy sposób i na odpowiedniej wysokości, prawda?Łapiemy więc plecaki i za chwilę już śmigamy małym żółtym wagonikiem naSzyndzielnię. Trochę wstyd się przyznać, ale nie chcemy ryzykować pieszejwspinaczki na 1026 m. npm, ale żeby ratować nasz nadwątlony honor, obiecujemysobie, że powrót odbędziemy pieszo, choćbyśmy mieli zjeżdżać z góry na tyłkach.Już w połowie drogi widzimy, jak zmieniają się widoki na typowo zimowe. Jest więcej śniegu, robi się biało. Na szczycie tak, jak sobie wymarzyliśmy - biało.Dość szybko jesteśmy w jednym z najstarszych i największych schroniskBeskidu Śląskiego o nazwie takiej samej jak szczyt. Zatrzymujemy się na chwilę,by otrząsnąć się ze śniegu i ruszamy dalej, na Klimczok!Omijamy z daleka z lekka przetarty szlak do schroniska i ruszamy na sam szczytKlimczoka. Wysokość 1117 metrów, to już coś!. Nic dziwnego, że pokrywa śnieżnama tu przeszło dwa metry. Im wyżej, tym trudniej się idzie, miejscami zapadamysię w śniegu po uda. Po drodze mijamy samotnego narciarza, który radośnie zjeżdżakilkaset metrów, by po chwili pracowicie wdrapywać się do góry. Wyciąg orczykowybowiem tkwi nieruchomo. Dla jednego zapaleńca nie opłaca się...Podziwiamy widoki z samego szczytu i dość szybko, jak na panujące warunki, docieramydo schroniska. Tu też pustki. Tylko jeden stół zajęty przez sympatyczną parę seniorówz nartami biegowymi. Wypijamy piwo zimne jak śniegi na zewnątrz. Takie rozgrzewanajlepiej, przysięgam. Zjadamy kanapki przytargane w plecaku, kupujemy pamiątkowykamień niezwykłej urody. Jeszcze tylko pieczątka z recepcji, to takie hobby W. którylubi mieć wszystko udokumentowane, i wyruszamy w drogę powrotną.W dół schodzi się przyjemnie, szlak na szczęście przetarty. Po drodze mijają nassnowbordziści. Pojawiają się bezszelestnie nie wiadmo skąd i szybko znikają.Takim to dobrze....Po dwóch godzinach jesteśmy na Dębowcu, stąd już rzut kamieniem do naszegodomku. Chyba zasłużyliśmy na odpoczynek po takiej wyprawie.Żegnaj zimo na rok!
czwartek, 16 lutego 2012
W ubiełym tygodniu wybraliśmy się na Halę Boraczą, to jednoz najpiękniejszych miejsc Beskidu Żywieckiego. Wchodziliśmywygodnym szlakiem z Żabnicy Skałki, a tak w ogóle Żabnicę darzymy ogromnym sentymentem, przyjeżdżamy tu kilka razyw roku. Mamy tu swoje ukochane miejsca, szlaki i ścieżki.Ale ta urokliwa górska wioska zasługuje na odrebne miejscew moim blogu, więc teraz wracam na Halę Boraczą. To rozłożystaprzełęcz w paśmie Lipowskiej, Rysianki i Pilska. W jej centralnymmiejscu znajduje się jak mówią, najpaskudniejsze schronisko Beskidów.zostało wybudowane w latach dwudziestych ubiegłego wieku i miałodość burzliwą historię. Ma niewymyślną formę zwykłego baraku i nijak niepasuje do otoczenia. Dobrze chociaż, że dwa lata temu otrzymało nową,drewnianą elewację. W środku też siermiężnie.... Widać, że PTTK o nimzapomniał całkowicie, a starsze małżeństwo, które od lat go prowadzi,chyba w ogóle nie zauważyło zmian, które się dokonały w ostatnich latachw Polsce. Tkwią w przeszłości jako te wiekowe świerki na hali.Ale nic to, ważne, że 'na całej połaci śnieg', wyjątkowo czysty, świetliście biały, skrzący się w nikłych promieniach słońca. Trzaskający, dwucyfrowy mróz dosłownie zatyka, zniechęca do rozmowyw czasie wędrówki, zresztą i tak głośne skrzypienie śniegu pod butami skutecznie zagłusza nasze słowa. Łapiemy więc w obiektyw co ładniejszemiejsca i to wystarczy.W drodze powrotnej mijają nas rozpędzone sanie ciągnięte przez parę koni.Otacza je obłok gorącej pary. Wyglada to trochę nierealnie, jak kadr wyrwanyze starego filmu. Usmiechnięty góral macha do nas reką i gestem zaprasza do sań.Dziękujemy, wolimy pieszo.
środa, 08 lutego 2012
Tym razem wybraliśmy się na Przełęcz Salmopolską. To piękniepołożone miejsce na wysokści 934 metrów npm. Wyruszyliśmy czerwonym szlakiem z nadzieją dotarcia do Malinowej Skały.Niestety, chyba schowała się pod grubą śniegową kołdrą, bo niemogliśmy jej znaleźć. A że mróz ostro szczypał w policzki, zrezygnowaliśmyz poszukiwań. Mimo to wyprawa i tak była udana. Mieliśmy wrażenie, żeznaleźliśmy się w krainie Królowej Śniegu.Niektóre świerki do złudzenia przypominały sylwetkę zagubionej Gerdy...
poniedziałek, 06 lutego 2012
Lekki niepokój zapanował w starym Dziuplowisku, gdy znienawidzonyprzez wszystkich mróz zapowiedział ponowną, choć wcale niechcianąwizytę. Kicia szybko przywdziała na się pancerz ochronny obficie nafutrowany tłuszczykiem i z widocznym niepokojem rzucała ukośne spojrzenia w stronę lekko zmrożonej tafli wielkiego lustra.- Instynkta samozachowawcze nie wszystkie wymarły - Gabrielawidząc, że wreszcie coś dziać się zaczyna, wyrażnie się ożywiła, a nawetucieszyła.- Ano, instynkt stadny wymiera w człowieku, pomalutku zamyka się w domku i w sobie - Kicia za wszelką cenę próbowała usprawiedliwić swoje niespodziewane rozszerzenie się na wszystkie strony, oprócz tej górnej niestety. Ruda, widząc co się dzieje w spokojnym dotąd Dziuplowisku, rozdrzaźniła się nie na żarty.- Ożesz ty! To ze mnie na cię przeszło! - wykrzyknęła - z wiesną maszmnie to wszystko oddać!Wszyscy nagle zamarli, oczekując zapowiedzi nagłego lutnięcia z półobrotu,jednak na szczęście nic takiego nie nastąpiło, bowiem Ruda z zadowoleniem zapatrzyła się w odbicie swojej tyczkowatej sylwetki,zapominając o całym dziwacznym dziuplowatym świecie.- Wiesną zwrócę wszystko, co do ostatniej kropli tłuszczyku - obiecałacichutko spłoszona Kicia, zerkając bojaźliwie w jej stronę.- Ten mróz wyżera wszystko, i z kotłowni, i z lodówki - Ika chciałaza wszelką cenę załagodzić napiętą sytuację.- Ja, ja, tylko feciku na bioderku nie ruszy - prychnęła złośliwiei jak zawsze po ślunsku Lwisia.- Eeee tam, masz krzywe zwierciadło Kićka! - Bacha jednym zdaniem sprowadziła wszystkich na ziemię.- Baby, a o czym wy właściwie rozprawiacie, o tuszy czy o facecie,bo już się pogubiłam - Wiska próbowała nakierować rozmowę najedynie właściwe tory. Słysząc to Ruda poderwała się gwałtownie,chcąc wybić jej te pokudłaczone myśli z głowy. Nic jej jednak z tegonie wyszło, bowiem Bacha właśnie w tym momencie załapała,o co właściwie biega Kici.- Wszak Misio pląta się po domu! - zakrzyknęła odkrywczo.I teraz Kici nie pozostało już nic innego, jak przyznać się, że Misiotkwi w niej głęboko.Ale jak to tkwi.... gdzie tkwi i w czym, czy w kim tkwi.... Czym tkwi....Dlaczego tkwi.... jak długo....Takie rozedrgane, niespokojne myśli zaczęły krążyć od jednej dodrugiej do cna skołowanej głowiny biednych mieszkanek staregoDziuplowiska.Nagle w tę rozedrganą, pełną napięcia ciszę wdarł się głośny huk.To okrutny, bezlitosny mróz otworzył sobie drzwi mocnym kopniakiem. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||